- To najstarsza zachowana część huty, z połowy XX wieku - mówi autor książki Jan Standio
Oława Huta na papierze
Pierwsza informacja o hucie w Oławie pochodzi z 1845. Już kilka lat później, bo w 1853 oławska huta zdobyła medal na wystawie w Nowym Jorku. W 1872 jej wyroby odniosły sukces na wystawie w Rosji, w tym samym roku zakład von Leubbeckische Zinweiss-Fabriken zdobył kolejny medal. W 1873 produkty oławskiej huty nagrodzono na kolejnej wystawie, tym razem w Wiedniu, gdzie otrzymały medal cesarza Austro-Węgier, Franciszka Józefa. 1878 rok to kolejne wyróżnienie - medal na wystawie w Paryżu. Rok później - powodzenie na wystawie w Sydney, gdzie wysoko oceniono wyroby Huty von Leubbecke i fabryka otrzymała kolejny medal. Następne przywiozła z wystaw we Lwowie i Krakowie (1894). Te dwie ostatnie były szczególnie istotne, bo odbyły się w polskich miastach wówczas austriackiej Galicji, posiadającej autonomię. Zakłady von Leubbecke produkowały w XIX wieku emalie: biel śnieżną (biały stempel), biel śnieżną (zielony stempel), biel cynkową (czerwony stempel), biel cynkową II (niebieski stempel) i szary cynk (szary stempel).
Od 1862 fabryka pracowała pełna parą. W zespole trzech zakładów, oprócz różnych gatunków bieli cynkowej, produkowano także minię ołowianą i litopon. Produkcję zbywano przede wszystkim w środkowych Niemczech i w krajach północnej Europy.

Najstarszy kompleks fabryczny powstał w rejonie dzisiejszego osiedla Kasprowicza (Scillstrasse), ulica 3 Maja (Hahmstrasse) i ulicy Kamiennej (Deutstchsteiner Weg). Obok tego zakładu wyrosła huta cynku, czyli von Leubbeccke Zinkweiss-Fabriken. Wypełniała ona prostokąt pomiędzy ulicą Grodkowską (dziś 1 Maja), obecną ulicą Sikorskiego, zakładem litoponu, a utworzoną w 1910 linią kolejową biegnącą na ulicę Portową. Dzisiejsza ulica Sikorskiego nosiła do 1945 nazwę Leubbeckerstrasse. Nazwa pochodziła od właściciela huty - pana Leubbecke.
W okresie międzywojennym fabryki Schube-Brunnguell produkowały minię ołowianą i litopon, tworząc w południowej części miasta ogromne terytorium przemysłowe.
Powstanie Huty "Oława" wiąże się ściśle z wybudowaniem Górnośląskiej Linii Kolejowej, której pierwszy odcinek z Wrocławia do Oławy oddano już w 1842. W bezpośredniej bliskości od tej drogi wybudowano fabrykę bieli cynkowej, która w ciągu XIX wieku zdobyła wielki rozgłos na wspomnianych światowych wystawach.
Kopalnie cynku i ołowiu, położone w okolicach Bytomia i Tarnowskich Gór, mogły bez problemu wysłać koleją surowce potrzebne dla oławskich fabryk. Po wybudowaniu Kanału Gliwickiego możliwy był również transport Odrą. Zgrozą musiała być wówczas emisja pyłów związanych z produkcją chemicznych substancji, poszukiwanych na rynkach świata. Nie istniało wtedy pojęcie ochrony środowiska, a współczynnik uprzemysłowienia określał znaczenie i zamożność miasta. W latach dwudziestych XX wieku fabryka zatrudniała ponad 100 robotników.

NA FOT. Stara pieczęć, na której zaprezentowano awersy i rewersy medali, jakie otrzymały wyroby zakładu. Oryginał ma ok. 30 cm średnicy i obecnie znajduje się w gabinecie prezesa zarządu huty
*
Po wojnie początek rozwoju przemysłowi oławskiemu dała fabryka, która od stycznia 1946 nosiła nową nazwę - Fabryka Bieli Cynkowej i Minii Ołowianej "Huta Marta". Były w niej sprawne piece i znaczne zapasy surowców (cynk i ołów). Zasadniczy problem stanowił brak dokumentacji i fachowców. 14 maja 1945 nastąpiło przejęcie huty od wojskowych władz radzieckich. Pełnomocnik rządu, szef grupy operacyjnej Franciszek Talik, podpisał protokół, na mocy którego Polacy przejęli dwa sąsiadujące ze sobą zakłady. Jeden nazywał się Zinkweiss Fabrik "Marta Hutte", a drugi Schube u. Co Brunguell Mennige Fabrik. Zanim zabrano się do prac, mających na celu uruchomienie huty, trwających do końca roku 1945, trzeba było najpierw zorganizować pilnowanie przejętego majątku, bo grasujących złodziei kręciło się coraz więcej. Talik zorganizował w czerwcu straż przemysłową, o której ćwierć wieku później opowiadał jeden z tych pierwszych strażników Stanisław Cheba: - Jest tu nas trzech z tej pierwszej straży, pracujących od czerwca 1945 bez przerwy do dziś (wypowiedź z czerwca 1970 - przyp. red.) w Zakładach Bieli Cynkowej: Bolesław Strzała, Stefan Podawca i ja. Pełnomocnik Talik zakwaterował nas i jeszcze kilku innych przy sobie w budynku przy ulicy Spacerowej 4 i powiedział, że będziemy pilnowali huty. No to zaczęliśmy pilnować. Sama ta czynność nie była specjalnie ciekawa. Zwyczajnie patrolowało się obiekty fabryczne i strzegło je przed dalszym dewastowaniem. Oczywiście byliśmy uzbrojeni - a raczej z upoważnienia naszego szefa sami uzbroiliśmy się. Broni i amunicji nie brakowało. Odkryliśmy też na terenie huty skład pełen niemieckich mundurów wojskowych - a więc z jednolitym umundurowaniem też nie było kłopotów, dla odróżnienia zakładało się na rękach biało-czerwoną opaskę. Kiedy się mundur przybrudził, zrzucało się stary i ubierało następny. W ogóle obowiązywała samowystarczalność. Nie w głowie nam były pieniądze, bo co komu po nich? Przecież nie było sklepów i dzisiejsze pojęcie wynagrodzenia za pracę sprowadzało się do stworzenia możliwości uzyskania wyżywienia. Wodę mieliśmy ze studni głębinowej w hucie. Po ziemniaki urządzało się wyprawy do okolicznych opuszczonych folwarków na terenie powiatu. Trochę mąki dostaliśmy z zapasów, które pełnomocnik zabezpieczył w magazynach. To była cała nasza pensja. Za mąkę albo już upieczony własnym sposobem chleb załatwiało się wódkę z zapasu gorzelni w Gaci, no a wódkę dawało się wymienić na wszystko inne. Załatwianie wszelkich spraw odbywało się tylko w dzień, bo poruszanie się nocą po zupełnie ciemnych ulicach stanowiło duże ryzyko. Nigdy nie wiedziało się, kto czego szuka, a przebywali tu różni ludzie. Grasowali szabrownicy i szukali szczęścia, bo wszystkiego zabezpieczyć się nie dało. Np. między hutą a stacją kolejową stała budka, załadowana różnymi oponami. Pewnej nocy zginęły opony razem z budką...
A więc do sierpnia nic się nie działo, poza pilnowaniem huty przez straż przemysłową. W sierpniu 1945 skierowano do Oławy dziesięcioosobową grupę z Azotów w Jaworznie. W brygadzie tej przyjechał Czesław Wróbel. Tak wspominał ten okres: - Miałem osiemnaście lat, zaproponowano mi wyjazd z Jaworzna na parę tygodni w zespole, który ma uruchomić hutę, gdzieś tam w Oławie. Pojechaliśmy, trzeba było wziąć się do roboty. Zaczęliśmy od ściągania brakujących materiałów. Największym kłopotem był brak pasów i silników, bez których fabryka ruszyć nie mogła. Poprzez straż przemysłową rozeznaliśmy sytuację, że pasy są w obecnej "Odlewni", silniki w "Tworzywach", a węgiel w Jelczu. Otrzymaliśmy na te materiały pisemne zlecenie od pełnomocnika Talika, który był mocno zaangażowany w sprawy możliwie szybkiego uruchomienia huty. Nasza straż przemysłowa zajęła się ściąganiem tych materiałów. Problemami organizacyjnymi kierował mianowany na pierwszego dyrektora huty "Marta" inżynier Benedykt Cyter. Mieliśmy samochód oddelegowany wraz z nami z Jaworzna i to nam bardzo ułatwiło działanie. Pewnego razu pojechaliśmy do Jelcza po węgiel. Tamtejsi strażnicy byli najwidoczniej po większej "transakcji wymiennej", bo nie chcieli honorować zlecenia i zagrozili nam bronią. Byliśmy jak zwykle w towarzystwie naszych strażników, więc... zdobyliśmy jelczańską strażnicę i dopiero po naładowaniu węgla uwolniliśmy zbyt bojowych jelczan.
Wśród specjalistów, oddelegowanych z Jaworzna, był ślusarz o złotych rękach - Ignacy Kopeć, któremu najbardziej zawdzięczamy, że "Huta Marta" była jedną z pierwszych na Dolnym Śląsku fabryk, w których podjęto działalność produkcyjną. Najpierw, 15 stycznia 1946, ruszyła produkcja minii ołowianej, w trzy miesiące później bieli cynkowej.
Cdn.
Biel ołowiana
Do końca XIX wieku w Oławie produkowano też biel ołowianą. Podobnie jak biel cynkowa, służyła do wyrobów m.in. farb, ale była bardzo trująca. Gdzie ją wytwarzano? W budynku pod charakterystycznym wielkim kominem z cegły, o przekroju kwadratu. Stała tam wielka maszyna parowa z potężnym kołem zamachowym o średnicy 3 metrów. Niestety, po wojnie trafiła na złom.
- Kiedyś nawet myślałem o jakimś zakładowym muzeum, ale już jej nie było - wspomina Jan Standio, który dziś jest skarbnicą wiedzy o hucie. - Ale kto wtedy myślał o starych maszynach w kategoriach muzealnych?
Dziś najstarszą maszyną pracującą w hucie jest... piła ze stolarni z silnikiem Siemensa. Standio twierdzi, że musi mieć co najmniej 100 lat
Powrót z Wietnamu
W pierwszych powojennych latach nikt nie myślał o bezpieczeństwie pracy w hucie, tym bardziej o ochronie środowiska. Na każdym stanowisku pracy było więc duże zapylenie, tym bardziej, że stosowane wówczas filtry workowe były mało sprawne. Pracownicy początkowo nie mieli żadnej ochrony przeciwpyłowej, np. w postaci masek. Świadomość zagrożenia zdrowia ołowicą była bardzo niska. W historii huty odnotowano za to tragiczny wypadek z lat 70., do którego doszło przy obsłudze filtrów workowych. Otóż Jan Andruchowicz próbował umocować klin na bardzo wolno obracającym się wałku. A robił to ręką w rękawicy, którą wałek zaczął wciągać do maszyny. Za parę sekund z człowieka byłaby miazga. Przerażony, ale świadomy zagrożenia pracownik, sam sobie urwał rękę w łokciu, aby ratować życie. Jego współpracownicy wspominają, że krwi było mało, a adrenalina była tak silna, że Andruchowicz miał siłę wybiec z budynku, wymachując kikutem. Gdy zobaczył go kolega pracujący naprzeciw i spytał, co się stało, zdążył nawet jeszcze zażartować: - Z Wietnamu wracam!
Opr.: Jerzy Kamiński jkaminski@gazeta.olawa.pl
Fot. arch. Jana Standio

Wiatr: 20 km/h 


Brak komentarzy.